Po całej nocy przetańcowanej na rodzinnym weselisku, siedziałem sobie na ganku chałupy u Babci. Maślanymi oczami patrzyłem na wierzchołki gór po drugiej stronie doliny. Od małego człowiek się tylko patrzył ale tego dnia postanowiłem ruszyć tyłek i przejść się po górach, które znałem od małego, a które dawno temu wydawały się najwyższe na świecie. I jakąż przyjemność miałem maszerując przez grzbiet Jasienia i spoglądając znów na drugą stronę doliny, wypatrując rodzinnych zabudowań.
Widać było nawet Taterki i Babią i Turbacz, aż tu nagle tą piękną chwilę zakłuciły ryki silników. Pięć maszyn przemkneło obok mnie i musiałem spieprzać ze ścieżki.
Muszę przyznać że choć jestem miłośnikiem motocykli to nie może być dla nich miejsca w górach! Bo góry są święte!