No to szybki nie planowany kurs do sklepu po sprzęcik do gotowania i po kilkunastu minutach nieźle wkurzony na kumpla zapieprzałem Doliną Kościeliską, w stronę Kir waliły tysiące adidasów i szpilek. Prawie biegłem pod prąd tego pogłowia, a godzina już 16. W Ornaku zdyszane panie i panowie pochłaniały litry piwa, gasząc pragnienie. Nie było sensu nawet się rozsiadać. Chciałem przed nocą dotrzeć w okolice Suchego Wierchu Kondrackiego. Na Ciemniaku byłem po 2,5h, gdzie przywitało mnie stado kozic w ilości 29 sztuk. Doszłem do Małołączniaka i wiedziałem że dziś dalej już nie ma sensu iść. Wszak widoki zachodzącego słońca i tak nie pozwoliłyby mi się dalej ruszyć. Już po kolacji leżąc w śpiworku nie dane było usnąć, no normalnie nie dało się zamknąć oczu. Ledwo podniosłem głowę i widzę tysiące świateł z Zakopanego. Leżę i patrzę w niebo i widzę miliony gwiazd, kilka spadających się nawet trafiło. Ze słuchawek "dobiega mnie jakaś muzyka" "w życiu piękne są tylko chwile" DŻEMU.
Aż urwał mi się film, tak "zerwany film".