Leniwie wyciągnołem głowę ze śpiwora i płachty, które były tej nocy mym domem i schronieniem. Patrzę na zegarek 5.02. Ślamazarnie wygramalam się na zewnątrz i wiem że za niedługo rozpocznie się teatr wschodu słońca. Rozglądam się do okoła, wszędzie biało od szronu. Zapalam kuchenkę i parzę wodę na kawę, tak tak zaparzyłem sobie kawę, bo taki miałem plan, że niczego sobie nie będę żałował.
No i zaczeło się, coraz jaśniej, minuty, sekundy i słoneczko pomalutku zaczeło wychylać swoje języki z nad szczytów. Teraz mogłem zacząć robiś sobie śniadanko, które w takich okolicznościach smakuje zawsze wybornie.
Ale w głowie pomaleńku stukała myśl aby zdążyć przed tłumami no i ruszyłem.
Po dwuch godzinach z minutami jestem na Kasprowym i mała załamka, tam już niezły tłumek już dreptał, a więc kolejka kilka kursów zdążyła już zrobić.
No więc przysiadam z boku jak jakaś mała myszka i obserwóję sobie ten tłumek, ładne dziewczyny które pachną świeżo spryskanymi perfumami, klijentów z podpuchniętymi oczami i zachrapanymi głosami, a ja no cóż, jakoś nie pasowałem do tego całego majdanu i zbiegłem do Murowańca nie licząc specjalnie na spokój tego miejsca. No tak nie pomyliłem się zbytnio, i przy murku wsunołem ostatnie jabłka i winogrona z taszczonego ze sobą zapasu.
No i czas się zmywać. W drodze do Kuźnic nieprzebrane tłumy. Gdzieś po drodze zagadną mnie chłopak blady jak mąka ze zmęczenia i spytał: skąd idę i czy dobre warunki, a ja mu z pełną powagą odpowiadam że z Kir i że warunki całkiem dobre, ale chłopak wydawał się chyba nie świadom co do niego powiedziałem, a le robił całkiem poważną minę, nawet jak to piszę to się śmieję z tej sytuacji.
No ale w Tatry wrócę w porze naturalnej selekcji, czyli w zimie.
Chociaż cofam poprzednie słowa, wrócę, ale kiedy? tego nie wie nikt, nawet ja.